Zestaw wybielający COLGATE MAX WHITE EXPERT

Jak większość ludzi i ja od zawsze marzyłam o lśniących białych zębach jak z Hollywoodzkich uśmiechów dlatego też miesiąc temu pierwszy raz w życiu skusiłam się na produkt wybielający. Oczywiście wcześniej zdarzało mi się kupować różnego rodzaju pasty wybielające czy też korzystać z zabiegów u stomatologa jednak nigdy nie miałam odwagi zastosować domowego wybielania paskami czy też innymi preparatami z obawy o szkliwo, bo dentyści zgodnie odradzali takie rozwiązania. Nie należę do osób naiwnych w związku z czym średnio wierzę w te wszystkie cuda reklamowane w tv dlatego też długo zwlekałam z zakupem zestawu Colgate. Przekonała mnie, jak to zwykle u nas kobiet bywa, promocja. Oczka mi się zaświeciły na myśl o interesie życia, w którym to udało mi się zaoszczędzić całe 20zł, bo regularna cena to około 70zł, a ja swój zestaw kupiłam za niecałe 50zł. Już widziałam swój śnieżnobiały uśmiech idealnie komponujący się z piękną zimową scenerią, która w tym roku nie spieszyła się zaszczycić nas swoją obecnością 🙂 Do zestawu dokupiłam jeszcze pastę do zębów z tej samej serii żeby wspomóc efekt wybielania.

Producent informował, że zestaw zawiera profesjonalną substancję wybielającą używaną przez dentystów. Obiecywał też, że zestaw bez problemu poradzi sobie zarówno z przebarwieniami na powierzchni zębów powstałymi z kawy czy herbaty jak i wieloletnimi, głębokimi spowodowanymi tytoniem ponieważ wnika w szkliwo. Do tego spokojnie można używać żelu wybielającego nawet rano, gdyż można spożywać jedzenie oraz napoje bezpośrednio po aplikacji. Stosując preparat dwa razy dziennie pierwsze efekty powinny pojawić się już po 3 dniach. Brzmiało kusząco.

Na pierwszy rzut oka zestaw wydawał się całkiem fajny. Szczoteczka posiada gumki umieszczone w środkowej części, dzięki którym miała lepiej usuwać osad. Dodatkową zaletą jest też to, że aplikator żelu wybielającego można umieścić w rączce szczoteczki dzięki czemu nie ma kilku elementów, które łatwo zgubić i pobrudzić.

Po pierwszym użyciu (jak i po całym okresie używania) szczoteczkę uważam za naprawdę dobry produkt. Ma odpowiednią wielkość, jest dobrze wyprofilowana, a umieszczone w niej gumki rzeczywiście dobrze czyszczą zęby. Jeśli chodzi o aplikator to tu już nie jest tak kolorowo. Jest silikonowy z małymi wypustkami przez co po wyciśnięciu żelu dosłownie ślizga się po zębach, a nałożony produkt zbiera się w szczelinach zamiast pozostawać na powierzchni zębów. Próbowałam go używać na różne sposoby, oglądałam filmiki instruktażowe emitowane przez Colgate, bo brałam pod uwagę, że być może robię coś źle, niestety bez efektów. Ostatecznie przez większość „kuracji” nakładałam go po prostu palcem. Nie wyobrażam sobie żeby coś zjeść lub się napić po zastosowaniu produktu, gdyż czuć jego smak do momentu, aż go nie „zjemy”. I tu kolejny minus, bo produkt dość szybko znika z zębów przez co raczej nie możemy się spodziewać spektakularnego wybielenia.

Po 3 dniach rzeczywiście zauważyłam delikatną różnicę, po tygodniu nieco większą jednak nie była to kwestia wybielenia uśmiechu tylko usunięcia przebarwień – tych mniejszych. Można stwierdzić, że produkt bardziej wyrównał obecny koloryt zębów niż cokolwiek wybielił.

Moim zdaniem na pewno nie jest to produkt, który mogę polecić komuś kto tak jak ja oczekiwał bielszego uśmiechu. Myślę, że z zestawu byłyby zadowolone osoby, które już wybieliły zęby u dentysty lub w inny skuteczny sposób, a zestaw Colgate służyłby tylko do podtrzymania efektu. Mimo wszystko ja osobiście na dłuższą metę nie zniosłabym męczenia się z tym aplikatorem nawet w celu podtrzymania efektu.

Żałuję wydanych pieniędzy na ten produkt tym bardziej, że w pewnym czasie był on dość rozsławiony w mediach i YouTube. Dziewczyny zachwalały produkt sam w sobie, jak i efekty jakie uzyskały zachęcając do zakupu. Cóż… dostałam kolejną lekcję na przyszłość żeby nie ufać nikomu, a zwłaszcza nie ulegać promocjom 😀

Pozdrawiam

SZCZOTKA Olivia Garden Finger Brush z włosia dzika – najlepsza szczotka na świecie!

Na szczotkę Finger Brush trafiłam przypadkiem pod koniec 2016r. Ciężko było znaleźć jakiekolwiek konkretne opinie o niej gdyż trafiła na rynek stosunkowo niedawno. Dotarłam do zaledwie kilku wpisów, z których w zasadzie nic nie wynikało, bo polegały głównie na wykazaniu różnic między nią a Tangle Teezer.  Niewiele mi to pomogło, bo mimo wielu prób nie byłam w stanie przekonać się do TT. Brak rączki okazał się dla mnie barierą nie do przejścia, a charakterystyczny „głuchy” dźwięk powstający podczas czesania doprowadzał mnie do szału. Nie używałam jej długo, ale nie zaobserwowałam też jakichś różnic między zwykła szczotką (mniej więcej tyle samo włosów zostawało na szczotce) więc się nie polubiłyśmy.

Mimo wszystko postanowiłam przetestować Finger Brush sama. Trochę się bałam, że będzie to kolejny okrzyknięty sławą wynalazek jak Tangle Teezer, który u  mnie się nie sprawdzi, ale postanowiłam zaryzykować. Zamówiłam ją na hairstore. Do wyboru mamy 3 rozmiary: S, M i L oraz wersję kompaktową. Ja wybrałam L na podstawie opisu producenta, który to dedykował ją do długich, gęstych włosów. Kwestia gęstości moich włosów pozostawia wiele do życzenia, ale z racji że są długie (prawie do pasa) a ja jestem leniem zdecydowałam się na największy rozmiar. Kupiłam też wersję kompaktową.

Po otwarciu paczki miałam dość mieszane uczucia. Rzeczywiście szczotka jest dość spora – cała szczotka ma 27cm długości, a czesząca główka aż 11cm długości i 9cm szerokości. Wyglądem przypominała mi starą, drogeryjną szczotkę sprzed lat która nieziemsko wyrywała włosy więc do pierwszego testu podeszłam dość ostrożnie, a w zasadzie to odkładałam go w czasie 🙂 Jej debiut odbył się w dniu, w którym zaspałam do pracy i w popłochu szukałam swojej starej szczotki, która jak na złość gdzieś zaginęła. Miałam dość mocno splątane włosy, bo myłam je przed snem i lekko wilgotne zawinęłam w koczek. Ku mojemu zaskoczeniu szczotka poradziła sobie świetnie! Dosłownie kilkoma ruchami byłam w stanie rozczesać całe włosy bez szarpania i wyrywania.

Szczotka jest lekka, poręczna, a jej lekko gumowa rączka zapobiega wyślizgiwaniu się. Połączenie włosia dzika przeplatanego czeszącymi igiełkami sprawia że w delikatny i szybki sposób możemy rozczesać zarówno mokre jak i suche włosy nie szarpiąc i nie niszcząc ich przy tym. Ja jestem nią zachwycona!

Oczywiście, nie jest idealna i ma też wady. Problematyczne może być czyszczenie jej, bo o ile nie ma problemu z usunięciem pojedynczych włosów, które zostają po czesaniu tak dokładne umycie jej w szczelinach może sprawiać trudność. Wszystko to jest jednak kwestią wprawy i znalezienia odpowiedniego sposobu więc za tak ogromne zaplecze zalet można jej wybaczyć te drobne niedogodności.

Jeśli chodzi o wersję kompaktową to zachwyca tak samo jak jej większa siostra. Dodatkowo jest lekka, mała i poręczna. Odkąd ją kupiłam na stałe znalazła miejsce w mojej torebce.

Należy także pamiętać, że szczotki z włosia dzika nie będą odpowiednie dla każdego. Po czesaniu lekko puszą włosy. Przy moich długich i cienkich włosach jest to efekt zdecydowanie na plus, gdyż zwiększa objętość i unosi je lekko u nasady. Włosy pokręcone po koczku spuszają się nieco bardziej, ale dla mnie to żaden problem, bo wystarczy wygładzić je kilka razy dłonią lub ujarzmić olejkiem, który i tak nakładam co rano. Jeśli ktoś nie miał wcześniej do czynienia ze szczotkami z naturalnego włosia będzie trzeba się do nich przyzwyczaić i nauczyć używać, ale to kwestia kilku dni 🙂

Szczotka Finger Brush do najtańszych niestety nie należy, bo za pełny wymiar produktu trzeba zapłacić około 60zł, a za wersję kompaktową około 40zł. Dla mnie jednak jest zdecydowanie warta swojej ceny i ani przez chwilę nie żałowałam wydanych pieniędzy.

W końcu znalazłam swoją idealną szczotkę i mam nadzieję że posłuży mi przez długi czas. A Wy co o niej sądzicie?

Pozdrawiam

Magda

 

Witaj na moim blogu!

Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś/ łeś się odwiedzić moją stronę 🙂

Początki są zawsze trudne, ale mam nadzieję, że dam radę i każdy kolejny wpis będzie coraz lepszy. Pewnie zastanawiasz się co może mieć do przekazania Czarna Tęcza, już wyjaśniam.

Na blogu będzie można znaleźć recenzje kosmetyków oraz innych gadżetów kosmetycznych, dość dużo włosomaniactwa widzianego z mojej perspektywy i doświadczeń czyli niekoniecznie zgodnego z poglądami wykształconych fryzjerów oraz wizażowe szaleństwo, które wciąż rozwijam więc będzie można zobaczyć moje postępy/ zmiany.

Jednak to nie wszystko…

Strona będzie przede wszystkim poświęcona tematyce dbania o siebie, przemiany brzydkiego kaczątka w łabędzia. Nie będą to czysto teoretyczne rady osoby, która jest zbliżona do współczesnego kanonu piękna i postanowiła edukować innych. Zobaczycie tu moją przemianę – osoby, która ma do poprawy naprawdę wiele, moje wzloty i upadki, kryzysy i momenty szczęścia, a także to jak zmieniam się wizualnie i emocjonalnie.

Trzymajcie za mnie kciuki!

Pozdrawiam